Borat. Granice zostały przekroczone.

Alan posted on 30.11.2006 @ 22:42
0

Nie będe pisał, że ten film ośmiesza Amerykę, bo wiadomo to już od dawna. Ale ośmiesza ją w sposób okrutny. Obnaża najgorsze z cech, których nie zdołałby w swoim filmie pokazać nawet Michael Moore. Rasizm, antysemityzm, nacjonalizm, szowinizm… to tylko drobne wady amerykanów, w porównaniu z ich tępą naiwnością i umysłową ułomnością. Smutne jest to, jak bardzo wierzą, że Borat naprawdę istnieje. Że jego Kazachstan jest realnym krajem, gdzie kupe robi się do torby, upośledzonego brata trzyma w klatce, a siostre pieprzy.

George Bush nie jest idiotą. Jest typowym przedstawicielem przeciętnego amerykańskiego obywatela. Ogarniał mnie momentami strach, przed tym jak Ci ludzie bardzo wierzą w swoją wyjątkowość i inteligencję. Że to oni są tym jedynym cywilizowanym krajem, który powinien szerzyć na świecie pokój i nawracać grzeszników. Potworny, przerażający strach, przed – nie bójmy się tego powiedzieć – kompletnymi debilami.

Ciężko mi powiedzieć, czy ten film faktycznie jest komedią. Oczywiście śmialiśmy się kilka razy, całe kino często ryczało ze śmiechu (nawet w momentach, które nie wydawały się aż tak śmieszne, ale ok), ale ten film ma w sobie więcej absurdu niż parodii. Scena rozbieranego wrestlingu Borata z jego producentem – nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się wymazać tą scenę z pamięci. Oni biegający chwile później po sali konferencyjnej, pełnej ludzi? No i scena z Pamelą Anderson? To były rzeczy, których nie spodziewałem się obejrzeć i przekroczyły one wszelkie granice, jakie tylko były do przekroczenia. Nie wiem w sumie czy więcej się śmiałem czy z szeroko otwartymi oczami i ustami gapiłem się niemo w ekran, nie mogąc uwierzyć w to co właśnie widzę. Jedno jest pewne. Albo Cohen jest idiotą, albo ma spore jaja. Bo mało kto by się na takie rzeczy odważył.

Reasumując. Takiego filmu jeszcze nie widzieliście.

Smokin’ Aces + The Simpsons

Alan posted on 30.11.2006 @ 13:41
0

Jakby ktoś mi jeszcze pare dni temu powiedział, że już niedługo będe miał straszną ochotę zobaczyć film, w którym występuje Ben Affleck i Alicia Keys, to bym się chyba popłakał ze śmiechu. Jednak po obejrzeniu trailera Smokin’ Aces, wcale do śmiechu mi nie jest. Nie wiem jak Wy, ale ja tu czuje zapach filmów Guya Richiego… jak jeszcze kręcił dobre filmy… kiedyś. Anyway, słodka Alicia Keys jako płatna morderczyni w filmie gdzie niegrzeczni chłopcy składają jej dwuznaczne propozycje, na przemian przeklinając i strzelając do siebie? Cholera, muszę to zobaczyć!

Czy naprawdę muszę pisać cokolwiek więcej na temat tego filmu? Nie sądze… no chyba tylko tyle, że trailer rozbawił mnie do łez.

Znaki zodiaku

Loser posted on 29.11.2006 @ 0:39
1

znaki zoidaku!

Jeden rysunek mówi wszystko o relacjach między znakami zodiaku.

A te rysunki na ciele są po prostu dobrze pomyślane!

Jestem BARANEM czyli siedze wam na głowie i uparcie czuwam!

Camerimage daily pt. 1

kenzo posted on 28.11.2006 @ 16:22
0

3 dni festiwalu za nami w tym 2 z moim udziałem. W porównaniu do poprzednich edycji uderza przede wszystkim przeniesienie stosunku proporcji udziału gości z Polski na tych z zagranicy. Dobrze, ponieważ widać, że festiwal stale zyskuje na prestiżu i znaczeniu, tłumy widzów zajmują już każdy wolny skrawek sali, nie tylko foteli ale również i schodów. Źle ponieważ co dla mnie niezrozumiałe, przy tak licznej rzeszy sponsorów – astronomiczne ceny biletów odstraszają i uniemożliwiają Polskim fanom udział w tej niezwykłej imprezie. Plusy to jak zwykle niesamowita, niemal domowa atmosfera, niespotykana łatwość dostępu do znakomitości kina, stale rosnąca ilość pokazów i imprez towarzyszących oraz multikulturalny tłum. Minusy te co zawsze, ale z roku na rok coraz bardziej uciążliwe – duszne, archaiczne i ciasne centrum festiwalowe – czyli poczciwy budynek Teatru Wielkiego. Aha. I oczywiście potworne bóle pleców i wszystkich kończyn po kilku-nastu godzinach i dniach spędzonych w niewygodnych fotelach… ale czego się nie robi z miłości do kina, nieprawdaż? A poziom filmowy? No cóż o podsumowanie pokuszę się na koniec, teraz tylko parę zdań o obejrzanych do tej pory filmach.

Palimpsest – czyli prowincjonalny i zaściankowy Lynch. Zabrakło nieco wizji, poloty i chyba co najbardziej razi na tym festiwalu – zdecydowanie możliwości technicznych. Na Polskim biednym poletku filmowym film z pewnością się wyróżnia. Duszną atmosferą, niespotykanym kontrastem obrazu i koncepcją. Ale to nie wystarcza, przy porównaniu do standardów kina zachodniego (a do tego chyba trzeba dążyć) obraz wypada blado i chyba nico naiwnie.

Jasminum – czyli J. J. Kolski w dobrym wydaniu. Jest spora dawka humoru, zaskakująca porcja ironii (Linda), świetne dekoracje, niezłe role – szczególnie rzecz u nas w kraju niespotykana niemalże – udana kreacja dziecięca. Ale zabrakło historii. Nadęta i naiwna historia miłosna, za płytko zdecydowanie.

Even Money – Spory zawód. Wysoki poziom zdjęciowy. To wszystko. Film niestety nie oddycha. Z tak nośnego tematu jak miłość do pieniędzy, uzależnienie od hazardu i w konsekwencji wszystkie wiążące się z tym ludzkie tragedie przy takiej obsadzie powinno powstać arcydzieło. Mam wrażenie, że reżyser nie potrafił poprowadzić zręcznie aktorów i wydobyć z nich i z samego obrazu tego co najlepsze. Esencji. Wszytko jest prawie. A jak wiemy, prawie robi dużą różnicę…

Z odzysku – Czyli nowa fala Polskiego kina społecznego. Cześć Tereska, Edi, Symetria to filmy które wyznaczyły trend i w swoim czasie były ważne i odkrywcze. Fabicki zaplątał się moim zdaniem w powielanie już przetartych szlaków i nic odkrywczego nie wymyślił. Nieszczęśliwe rodziny, przemoc, bieda, niesprawiedliwość, brak perspektyw… można wyliczać w nieskończoność. To wszystko już widzieliśmy. Tylko w lepszym wydaniu. Nasuwa się pytanie – z czego wynika wzrost zainteresowania producentów i reżyserów takim gatunkiem? Czy chęcią pokazaniu światu nieszczęść codzienności, zmierzenia sie z problemami i naświetlenia trudnej sytuacji wielu ludzi w kraju, czy może wynikającą z braku finansów i perspektyw pseudoambitne zaangażowane kino, łatwe w realizacji i skazane na łatkę ważnego? Hmmmm….

Pan’s Labyrinth – koprodukcja Meksykańsko – Hiszpańska. To największa bolączka tego filmu. A właściwie wynikający z niej jedynie 5 milionowy ($) budżet. Historia dziewczynki, która w Hiszpanii 44 roku pod rządami generała Franco odnajduje wspaniały świat marzeń i baśni. Ale czy to rzeczywiście tylko marzenia i baśnie? Wspaniały, niesamowicie wykreowany świat i postacie, choć tak naprawdę jedynie nieśmiało zaznaczone, ale zdradzające nieprawdopodobne możliwości twórców i i stłumione niestety przez brak funduszy. 2 płaszczyzny filmu utrudniają jego klasyfikacje – czy jest to bajka dla dzieci, czy może brutalny i krwawy dramat dla dorosłych? Marzę o powstaniu drugiej części skupiającej sie na fascynującej mrocznej wizji baśni o faunach, labiryntach i księżniczce…

The Prestige Rewelacyjne amerykańskie rozrywkowe kino z nutką artyzmu i ambicji. Kreacje aktorskie, scenografia, zdjęcia, scenariusz i na deser drobne smaczki w postaci drobnych ról Davida Bowiego i Golluma :) Kino najwyższej próby!

C.D.N

God is a golfer

Alan posted on 27.11.2006 @ 18:05
0

Animator vs animation 2

Macias posted on 27.11.2006 @ 17:43
0

Część I

Bond. The Beginning.

Alan posted on 24.11.2006 @ 1:22
0

No spoilers.

Tak zabawnie wyszło, że pierwszy (a właściwie drugi, ale z jakąś treścią) post na 2upie dotyczył właśnie nowego Bonda i Daniela Craiga. Ponad rok temu, w tymże tekście, całkiem nieźle oberwało się Craigowi ode mnie. Cytując samego siebie…

Albo producenci chcą zmienić styl Bondów, albo charakteryzatorzy będą mieli do wykonania dzieło swojego życia.

Tak się złożyło, że udało mi się zgadnąć. Nie, nie mówie o charakteryzatorach. Mam na myśli zmianę stylu Bonda. Byliście już? Widzieliście? Ja dopiero dzisiaj. A moje refleksje…

Są pozytywne. Nawet bardzo. Ten film możnaby nazwać mistrzostwem kompromisu. Jest odpowiedzią na pytanie – “Jak zrobić z filmu o Bondzie ciekawy dramat, który jednocześnie nadal będzie… filmem o Bondzie”. Bo czyż te dwa pojęcia w pewnym stopniu się nie wykluczają? Niestety i owszem. Ostatnie historie o lodowych pałacach, strzelanie promieniami słonecznymi i inne straszliwe bzdety, w których Brosnan brał udział, były może i słodkie, ale powoli zaczynały przypominać serie Spy Kids. Albo Batmana z Schwarzeneggerem. Tym razem jednak jest poważnie, choć… pojawiają się również i typowe Bodnowskie sceny akcji.

Oglądając ten film miałem pewne deja-vu. Widocznie producenci Bonda doszli do tego samego wniosku co producenci Mission Impossible 3. Przestańmy serwować tępą papkę, z niezwyciężonym herosem. Ludziom wystaczy już Neo. Dajmy im kogoś z krwi i kości. Ethan Hunt nigdy taki nie był. I nagle zobaczyliśmy, że on też popełnia błędy. Bond prawie nigdy się nie mylił. I przede wszystkim zawsze wygrywał. Tym razem Bond się myli. Często.

Niestety pozostaje mi pewien niedosyt. Mimo wszystko… chciałbym zobaczyć w tej roli Brosnana. Dlaczego? Wtedy transformacja byłaby lepiej widoczna. Niestety prawdopodobnie Brosnan nie udźwignąłby takiej postaci. Ma zbyt arystokratyczną urodę. Craig się nadawał. Ale tylko do tej roli. Ma w twarzy troche chama, troche zabijaki. To pasuje do postaci jaką kreuje przez cały film. Craig gra świetnie. Ale nie gra 007. Bonda. James’a Bonda. Gra agenta James’a Bonda. I tu jest ta różnica. Dla mnie to zupełnie inny człowiek. Czy tak kreowała się jego mentalność? Być może. Film stara się scalić oba te charaktery – jakże różne na samym początku – aby w finalnej scenie pokazać nam postać, którą znamy tak dobrze, od tylu lat. Ale czy to oby na pewno jest on? Nie wydaje mi się.

Słyszałem ostatnio, że Craig został okrzynięty najlepszym Bondem wszechczasów. Zastanawiam się, jak w ogóle można robić takie porównania? Czy można go przyrównać do Moore’a, Connery’ego czy Brosnana? Nie można. Każdy z nich kreował swojego Bonda. Łączy ich tylko nazwisko. To kryptonim dla agenta MI6, który zachowuje się jak arystokrata, uwodzi jak Casanova i morduje jak profesjonalista. Bondów było tylu ilu grało go aktorów.

Ale Craig jest fantastyczny. Chce aby grał Bonda. Bo sprawia, że wierze, że ktoś taki mógłby faktycznie istnieć. Że to on jest właśnie tym prawdziwym Bondem. Tym który często krwawi, popełnia błędy, ma jakieś uczucia. Troszczy się o kobietę. Daniel Craig wykreował żywego 007. I za to mu chwała. Bo teraz nie trzeba z zażenowaniem spoglądać w podłogę mówiąc, że było się w kinie na Bondzie. Bo to świetny film. Dobrze napisany, świetnie nakręcony. I w pewnym stopniu smutny.

Craig zrobił to samo, co zrobił Christian Bale z Batmanem. Bale na 2008 rok kręci The Dark Knight. Daniel kręci Bond 22. Czy uda im się udźwignąć to co sami wykreowali? Czas pokaże.

The name is Błond, Wiel Błond

warpech posted on 23.11.2006 @ 18:00
0

(Nie zawiera spoilerów Casino Royale)

podrzucił: slm.

update: a co powiecie na koniec tej sceny z Diamonds Are Forever?

Car killer

Loser posted on 23.11.2006 @ 17:02
1

Car killer!

iTak Cię nie stać

Alan posted on 23.11.2006 @ 1:00
0

Prawdziwe ;)
podesłał v

No pewnie, że się totalnie jaram, nie mogę się już doczekać nowego Pottera :) na trailer czekałem już od dawna (choć nie przeczytałem ani tej, ani żadnej innej książki o Potterze). Czy mi się wydawało, czy nasz młody Harry dokonuje wymiany śliny w zajawce? :) Jak te dzieci rosną…

no drugs! effects of drugs!

Loser posted on 21.11.2006 @ 16:15
0

no drugs!

Mała prowokacja by zobaczyć coś innego.

Do WHK Production`s – The effects of Drugs!

motocolors

Loser posted on 21.11.2006 @ 16:00
0

Motocolors!

Sacha Baron Cohen. We własnej osobie.

Alan posted on 21.11.2006 @ 14:30
0

Jest prawdopodobnie tylko jeden magazyn na świecie, który mógłby zrobić taki wywiad. Oto przed Wami fragment jedynego wywiadu z Cohenem z Rolling Stone’a, w którym nie udaje ani Borata, ani Aliego G. Tak drodzy państwo, Cohen jednak jest normalny.

Never Trust Robots

warpech posted on 21.11.2006 @ 8:38
0

No dobra, nawet nie wiem od kogo dostałem ten kawałek najpierw, więc nie wiem kogo za to skredytować… Wiem jedno. Never Trust Robots.